Kategorie produktów
Wydawnictwo PSYCHOSKOKWydawnictwo PsychoskokAktualnościKolejny akt dramatu – recenzja książki „Miłość do trzech zuckerbrinów”

Kolejny akt dramatu – recenzja książki „Miłość do trzech zuckerbrinów”

19 grudnia 2018 / Agnieszka
 „Miłość do trzech zuckerbrinów” niezwykle trudno traktować w kategoriach powieści, nawet w kontekście twórczości tak nieprzeciętnego twórcy, jakim jest Wiktor Pielewin. Sądzę, że mamy tu do czynienia bardziej z rozprawą, czy może nawet traktatem, w którym pisarz wykłada swój światopogląd.

Skrywa to oczywiście – jak na prozaika przystało – w fikcyjnym świecie przedstawionym, pełnym znaczących postaci. Odnoszę wrażenie, że „Miłość…” zajmuje specyficzne miejsce pośród utworów pisarza, z którymi miałem dotychczas do czynienia. W przeciwieństwie do innych tekstów Pielewina opowieść o zuckerbrinach koncentruje się nie na konkretnej fabule, lecz na szeroko rozumianym przekazie ideologicznym.

Akcja utworu rozgrywa się w dwóch przestrzeniach: we współczesnej Rosji oraz w świecie przyszłości, który jest kombinacją „realu” z „virtualem”. Narratorem, a jednocześnie protagonistą utworu, jest nieznany nam z imienia Rosjanin, który na skutek fascynacji literaturą ezoteryczną został Kiklopem (cyklopem). Jego rola polega na kontrolowaniu działania systemu, czyli świata. Posiadł on dar jasnowidzenia, w związku z czym może zawczasu zapobiec zdarzeniom mogącym w sposób katastrofalny naruszyć równowagę świata. Co charakterystyczne, by nie powiedzieć typowe dla Pielewina, Kiklop stał się strażnikiem systemu na skutek interwencji bliżej nieznanych mu sił. Obserwuje on świat swym wszechwidzącym okiem, starając się zaradzić tragicznym wydarzeniom, mogącym zmienić bieg historii. Moim zdaniem, Pielewin nawiązuje tutaj do historiozofii Lwa Tołstoja, którą rosyjski noblista przedstawił w „Wojnie i Pokoju”: nawet najmniejsze zdarzenie, może być praprzyczyną największych wydarzeń historycznych. Kiklop posiadł również inną umiejętność: może czytać w myślach innym ludziom. Przemierzając ulice rodzinnej Moskwy, jest bombardowany przez potok „obcych” myśli: a to bandyci z Riazania planują napad, a to żona policjanta podejrzewa swojego sąsiada o pedofilię, nie przypuszczając nawet, że to jej mąż ma takie skłonności. Łatwo zauważyć tutaj typową krytykę współczesnej Rosji, co nie stanowi zaskoczenia dla czytelników Pielewina. Pełni ona jednak rolę „smaczków”, a nie lejtmotywu narracji, która skupia się na rzeczach uniwersalnych, a nawet metafizycznych.

Czytaj dalej

Wspomniany Kiklop z zainteresowaniem obserwuje innego bohatera, Kieszę, pracownika portalu Contra.ru. Młody dziennikarz pracuje jako internetowy „troll”, pisząc artykuły i dodając pod nimi komentarze. Nie jest on idealistą: w świecie wirtualnym wciela się to w rosyjskiego nacjonalistę, to w prozachodniego „liberała”.

Na przykładzie Kieszy pokazane są jak na dłoni procesy zachodzące we współczesnym świecie. Jesteśmy tak naprawdę uzależnieni od ekranu komputera: w nim kłócimy się o politykę, szukamy porad i czytamy, jak walczyć z systemem-ekranem. Kiesza właściwie spędza w sieci cały czas, oglądając japońskie filmy porno i walcząc z wrogami w trybie online, jeżdżąc czołgiem, bądź pływając okrętem (nawiązanie do popularnych gier online).

Kiklop dzięki swojemu darowi przewidywania przyszłości, serwuje nam opowieść o kolejnym wcieleniu Kieszy, które powstanie 300 lat później. Nie jest to happy story. Dalszy rozwój technologii doprowadzi do powstania Matrixa, w którym każdy człowiek ma wszczepioną do mózgu aplikację Facestop, kontrolowaną przez administratorów systemu. W wizji Kiklopa emocje ludzkie zostaną zastąpione przez serduszka świecące nad wirtualnymi postaciami (jak w popularnej grze SIMS), poruszanie się po „wirtualnym realu” będzie przypominało „klikanie” w aplikacje. Zwraca uwagę styl opisania świata przyszłości. W trakcie lektury fragmentów poświęconych przyszłości Kieszy nie można jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy mamy do czynienia z opisem realnego świata, czy też „skaczemy” po kolejnych aplikacjach, reprezentujących różne aspekty życia.

Książka może nie spodobać się osobom, które są przekonane, że człowiek, jednostka, może w pełni kreować siebie i otaczający go świat. Nie jest to prawda.

Pielewin w swojej opowieści pokazuje, że wszystko zostało zaprogramowane: nasze życie i związane z nim wybory są niczym innym jak zbiorem określonych wariantów ludzkiego istnienia.

Owszem, możemy zmienić swoje życie, oderwać się od przeszłości, która powraca do nas tylko w coraz to bardziej nieprawdopodobnych snach, nawiedzających nas nocami. Jednak każdy nasz wybór, czyli, jak proponuje Pielewin, zmiana metaforycznego pociągu, w którym zajmujemy miejsce, jest iluzoryczny: możemy wybierać jedynie spośród tego, co zostało nam zaproponowane. Rodzi się pytanie: przez kogo? W „Miłości…” rolę Demiurga pełni Bóg. To on zaplanował świat, w którym żyjemy. To On jest miarą wszystkiego i Jego cząstka tkwi w każdym człowieku.

W świecie wykreowanym przez Pielewina przeciwnikiem Boga są bliżej niescharakteryzowane Ptaki, które mogą być uznane za strącone anioły.

Wykorzystują one ludzi do niszczenia Stwórcy. Walka pomiędzy Bogiem a Ptakami ma z góry przesądzony rezultat. Po pierwsze, Bóg jako kreator zna wszystkie sztuczki Ptaków i od początku czasu jest im w stanie uciec. Po drugie, Ptaki nie są świadome prostego faktu, że jako istoty stworzone przez Najwyższego, posiadają w sobie Jego cząstkę. W skrócie: zniszczenie Boga będzie oznaczało zniszczenie Ptaków. Przedstawienie rywalizacji pomiędzy tymi dwoma przeciwstawnymi siłami jest umocowane w antycznej chińskiej filozofii, według której we wszechświecie rywalizują. Ale jednocześnie dopełniają się dwie strony bytu – jasne ying oraz ciemne yang. Taki trop w interpretacji moim zdaniem jest przekonujący, znając wieloletnią fascynację Pielewina buddyzmem i innymi wierzeniami dalekiego Wschodu.

A kim w takim razie są tytułowe zuckerbriny?

Według wiedzy przekazanej „Kieszy przyszłości” na początku XXI wieku byli nimi Mark Zuckenberg oraz Siergiej Brin, będący symbolami internetowej kontroli. Dołączyła do nich internetowa pornografia, dająca milionom użytkowników Sieci namiastkę życia seksualnego. Od tamtego czasu ustaliła się liczba zuckebrinów- zawsze są trzy. Nie wiadomo jednak kim dokładnie są. Ogólnie są nazywane siłami po drugiej stronie ekranu, trzema tendencjami politycznymi bądź światłem.

W świecie przyszłości nawet wszczepione do mózgu mechanizmy-aplikacje nie są w stanie do końca opanować tego bardzo skomplikowanego organu i wyeliminować błędów „systemu”. Jest to jednak marne pocieszenie, skoro nawet niezbyt uważny obserwator współczesności nie może zaprzeczyć, że świat wirtualny coraz bardziej zastępuje realny. Oczywiście, Internet daje nieograniczone możliwości rozwoju, stwarza dostęp do nieprzebranych zasobów wiedzy. Jednak stanowi on również zagrożenie.

Dzięki lekturze „Miłości do trzech zuckerbrinów” można być tego jeszcze bardziej świadomym.

Recenzję napisał Bartłomiej Kopczacki, doktorant w Instytucie Filologii Wschodniosłowiańskiej UŚ, członek Polskiego Towarzystwa Rusycystycznego